sobota, 31 maja 2008

Metallica 2008

Dłuuugo nie było o czym pisać. Dopiero w środę nadarzyła się okazja, i to nie byle jaka: koncert Metalliki w Chorzowie. Ostatnio zjawili się w Polsce cztery lata temu, następny koncert mają zagrać za rok, ale ostatnio też miało być za rok, więc nie wiadomo, czy nie zjawią się za cztery - a wtedy może im przeszkodzić koniec świata. Stąd moja wielka radość, że 28 maja mogłem, w towarzystwie dwóch sidekicków, zjawić się w Chorzowie. Radość tym większa, że był to bardzo dobry koncert.
Od razu na początku wspomnę o największej wadzie: nikt nie zafundował mi biletu w wersji VIP (o ileż obszerniejsza i ciekawsza mogłaby wtedy być ta relacja!), a bilety na sektory rozeszły się stanowczo za szybko, co równało się z zesłaniem na płytę. (Po fakcie mogę powiedzieć, że nie jest to tak tragiczne, jak myślałem, ale i tak nie rozumiem tych wszystkich, którzy twierdzą, że na płycie jest lepiej.)
Po znalezieniu miejsca parkingowego (Sztuka co się zowie) skierowaliśmy się w stronę Stadionu Śląskiego, gdzie roiło się już od czarno odzianych ludzi. Ochroniarze nas obmacali, sprawdzili bilety, kazali wyrzucić zakrętki z butelek (magicznym sposobem znalazły się one w plecaku), po czym zostaliśmy wpuszczeni. Wystarczyło jeszcze poszwendać się po Stadionie przez pięć godzin, w międzyczasie oglądając supporty Którymi, nawiasem mówiąc, nie byłem ani trochę zainteresowany.
Mimo wszystko wypada o nich wspomnieć - z kronikarskiego obowiązku. Pierwszy, duński Mnemic, zaprezentował ostrą nawalankę (death metal, industrial - coś w tym stylu), połączoną z darciem się wokalisty, przetykaną nieco bardziej melodyjnymi fragmentami, uzupełnioną szaleństwem na scenie i konferansjerką obiftującą w słowo "fucking".
Drugi support - Machine Head - zaprezentował dokładnie to samo (łącznie z tekstami pomiędzy utworami), tylko lepiej, więc nie ma co się rozwodzić.
O ile pierwsze dwa występy rozpoczęły się kwadrans wcześniej, niż to było planowane (spore zdziwienie!), to główna gwiazda wieczoru spóźniła się kilka minut (czyż mogłoby być inaczej?). Dopiero trochę po 21:00 rozbrzmiały dźwięki "Ecstasy of Gold", a potem już zaczęło się na dobre. "Creeping Death" to jak dla mnie dość zaskakująca propozycja na początek, ale bez problemów poderwała publiczność. Dalej poleciały same klasyczne kompozycje (z tych po "czarnym albumie" tylko "Devil's Dance" z "ReLoad" i ANI JEDNEGO kawałka z "St. Anger"). Były drobne potknięcia, ale nic, co zakłóciłoby nastrój. Do wykonania (pozwólcie, że wymienię dwa tytuły: "One" i "Welcome Home (Sanitarium)") nie można mieć żadnych zastrzeżeń - choć można dyskutować nad jakością ostatnich albumów Metalliki, na żywo ten zespół to po prostu najwyższa półka. Można to było poznać również po konferansjerce - oni nie (nad)używają słowa "fucking", a i tak są metalowi.
Całości oczywiście dodawały smaku efekty świetlne i pirotechniczne (doskonały początek "One" z wybuchami, racami i odgłosami strzałów; "Enter Sandman" z rozświetlonym dymem nad publicznością), sporą zaletą były także telebimy (z czego jeden, centralny, o wymiarach 25x15m), szczególnie użyteczne dla osób stojących gdzieś z tyłu płyty, którym scenę przesłaniały dwumetrowe mutanty.
Podsumowanie nie jest chyba potrzebne, o koncercie można bowiem mówić jedynie w superlatywach. Jedyne, na co można narzekać to długość (2h zleciały jak z bicza strzelił) i to, że nie zagrali ani jednej nowej piosenki. Cóż, trzeba będzie się wybrać w przyszłym roku.

A oto setlista, żebyście wiedzieli, czego żałować:
  • Creeping Death
  • For Whom The Bell Tolls
  • Ride The Lightning
  • Harvester Of Sorrow
  • The Unforgiven
  • ... And Justice For All
  • Devil's Dance
  • Disposable Heroes
  • Welcome Home (Sanitarium)
  • Master Of Puppets
  • Whiplash
  • Nothing Else Matters
  • Sad But True
  • One
  • Enter Sandman
  • Last Caress (bis, cover Misfits)
  • So What (bis, cover Anti-Nowhere League)
  • Seek And Destroy

wtorek, 13 maja 2008

Nie-horror

Po genialnym "Labryncie fauna" nazwisko Guillermo del Toro stało się dla mnie pewną marką. Jak się okazuje, nie tylko dla mnie - jego nazwiskiem firmowany jest "Sierociniec", który na ekranach polskich kin pojawił się w piątek.
Taka reklama wydaje się dosyć uzasadniona, gdyż film w pewnym stopniu przypomina wspomniany wyżej "Labirynt..." - podobny jest nastrój osamotnienia, oba dzieła łączy też motyw współistnienia świata rzeczywistego i ponadzmysłowego, oraz postać dziecka, które postrzega je oba.
Poza tymi elementami jednak są to zupełnie różne filmy, przede wszystkim dlatego, że w przypadku "Sierocińca" mamy do czynienia nie tyle z fantasy, co z horrorem (choć, jak można się domyślić po tytule notki, mam zamiar polemizować z tym stwierdzeniem).
Laura jako dziecko wychowywała się w sierocińcu. Jako dorosła kobieta wraca, wraz z mężem i synem, do obecnie opuszczonego budynku. Zamierza tutaj stworzyć dom opieki na upośledzonymi dziećmi. W dniu otwarcia syn Laury - Simón znika, ona sama zaś zostaje zaatakowana przez tajemniczą zjawę. Policja okazuje się bezradna, kobieta próbuje więc rozwiązać zagadkę sama. Kluczem do rozwikłania tajemnicy wydają się wydarzenia, jakie miały miejsce w sierocińcu wkrótce po tym, jak go opuściła...
Ten krótki opis fabuły wydaje się do bólu konwencjonalny. Stary budynek, kobieta, dziecko, tajemnicze zniknięcie, zjawa, mroczna zagadka z przeszłości, której rozwiązanie przyniesie ukojenie duchom zmarłych. To jednak nie przekreśla filmu, w którym znajdziemy nastrojową scenerię i bardzo dobrą muzykę. Wszystko sprawnie połączone w wyjątkowo sugestywny obraz, w którym - co dla mnie jest głównym wyznacznikiem jakości - stale obecna jest atmosfera zagrożenia i napięcie. Oglądając, myślałem sobie: "Bardzo dobry horror". Potem przyszła końcówka, która zmieniła wszystko.
Później zastanawiałem się długo, z jakich elementów powinien składać się film, by można było nazwać go horrorem. Z jednej strony specyficzny, niepokojący nastrój - tutaj mamy go pod dostatkiem. Z drugiej - określone schematy fabularne i motywy - tutaj również obecne. A jednak "Sierociniec" nie jest horrorem. Dlaczego? Bo brakuje w nim podstawowego elementu - zagrożenia. Każdy horror musi je mieć - czy to będzie psychopatyczny morderca, czy jakaś złowieszcza siła, zamieniająca ludzi w psychopatycznych morderców (zazwyczaj związana ze starym indiańskim cmentarzem), kosmici, zombie - cokolwiek. Tutaj również z pozoru jest ono obecne - coś przecież porywa Simóna, atakuje Laurę, a potem zdaje się przez cały czas czyhać gdzieś w ukryciu. Pod koniec jednak - w porażającym ciągu retrospekcji - zagadka zniknięcia Simóna zostaje wyjaśniona. Rozwiązanie jest niezwykle proste, a jednocześnie uświadamia widzowi, że nie ma i nie było nigdy żadnego zagrożenia - a więc film, który cały czas korzystał z konwencji horroru, pod koniec zrzuca tą maskę i odsłania swoje prawdziwe oblicze. Były filmy, które łamały konwencje albo się nimi bawiły, ale nie widziałem żadnego, który robiłby coś takiego.
Na koniec wypada jeszcze odpowiedzieć na pytanie: jeśli "Sierociniec" nie jest horrorem, to czym w takim razie jest? Trudno odpowiedzieć, bo pozornie brak wyraźnego motywu przewodniego - nie ma tutaj wyrównania rachunków z przeszłości, wątki adopcji i choroby Simóna są tylko elementami budującymi relacje między bohaterami, zaś rozwiązanie zagadki - jak się okazuje w zakończeniu - nie jest celem samym w sobie. W ostatecznym rozrachunku myślę, że jest to baśń - choć dość przewrotna. Baśń o stracie i o tym, jak daleko trzeba się czasem posunąć, by odzyskać to, co się kocha.

niedziela, 4 maja 2008

Asylum dla niesfornych... - powrót II: 20 lat później

Po ogłoszeniu powrotu blog znów umiera na ponad miesiąc. Tak. Cóż. Zrzućmy winę na przygotowania do matury (to jest CZĘŚĆ prawdy!) i więcej o tym nie wspominajmy.
Tym razem coś, czego na łamach tego bloga nie było, mianowicie: serial. Nie będzie to jednak "LOST", ani nawet "Carnivàle", lecz coś zupełnie nowego w mojej prywatnej kolekcji fajnych seriali. Chodzi mianowicie o "Pushing Daisies", w Polsce znane pod sielskim tytułem "Gdzie pachną stokrotki".
Główny bohater - cukiernik Ned - posiada niezwykły talent: potrafi dotknięciem ożywiać zmarłych. Istnieją przy tym dwie reguły: jeśli dotknie wskrzeszonej osoby po raz drugi, umiera ona, tym razem nieodwracalnie, zaś jeśli przywołana z powrotem do życia istota (może to być bowiem również zwierzę lub roślina) pozostanie przy życiu przez dłużej niż minutę, w zamian umiera coś innego znajdującego się w pobliżu.
Zdolność Neda postanawia wykorzystać przypadkowy świadek jej użycia, prywatny detektyw Emerson Cod. Jakże łatwo bowiem rozwiązać zagadkę morderstwa, jeśli można zapytać ofiarę o to, kto jest sprawcą? Kryminalne zagadki rozwiązywane przez parę wspólników to jeden z motorów napędzających serial. Na szczęście ożywanie zmarłych nie służy jako plot device umożliwiające natychmiastowe rozwiązanie sprawy, każda wykonuje kilka nieoczekiwanych zwrotów. Dzięki temu warstwa kryminalna nie staje się schematyczna i nie służy tylko za tło, czego obawiałem się po pierwszym odcinku.
Drugą płaszczyzną są relacje bohaterów, gdzie na pierwszy plan wysuwa się wątek miłosny między Nedem a Zamordowaną, A Następnie Wskrzeszoną Ukochaną Z Dzieciństwa, Charlotte "Chuck" Charles. Jej pojawienie się wprowadza sporo zamieszania w relacje Neda i Emersona, a także przyprawia o palpitacje serca zakochaną w Nedzie kelnerkę Olive. Warto zwrócić uwagę na istotny aspekt związku tych dwojga - z uwagi na specyfikę daru Neda, para nie może się dotknąć. Smutne, choć serce w człowieku rośnie, gdy obserwuje, w jaki sposób zakochani radzą sobie z tym problemem (patrz: pocałunek przez kawałek przezroczystej folii, choć na tym ich inwencja wcale się nie kończy).
Na koniec krótko o tym, czemu serial jest fajny i warto go obejrzeć. Wielką zaletą jest oryginalny pomysł, do tego dochodzi plejada ciekawych, wyrazistych bohaterów (ciotki Chuck) oraz stylistyka i nastrój - mieszanka sielankowych scenerii, czarnego humoru, słodyczy, groteski i absurdu (trzeba w tym miejscu zwrócić uwagę na genialnego narratora, którego komentarze są jednym z głównych źródeł humoru). No i doskonale ogląda się go we dwoje.

środa, 26 marca 2008

Asylum dla niesfornych... - powrót

Ze wstydem muszę przyznać, że zwątpiłem w sens prowadzenia tego bloga. Znalazły się jednak osoby, które się o niego upomniały, więc powraca. Dołożę starań, by nie odpłynął ponownie w mroki zapomnienia.
W dzisiejszej notce recenzja komiksu, tym razem ani Alana Moore'a, ani Neila Gaimana. Choć z tym ostatnim poniekąd związanego, historia zaczyna się bowiem w pierwszym tomie "Sandmana", zatytułowanym "Preludia i nokturny", w historii "Nadzieja w Piekle". Tam właśnie, podczas wizyty Władcy Snów w krainie wiecznego potępienia, poznajemy jego - Lucyfera, Gwiazdę Zaranną, upadłego anioła i władcę Piekła. Tam odgrywa jednak niewiele znaczącą rolę. Pojawia się ponownie w tomie czwartym - "Porze mgieł", w której dzieje się coś zaskakującego. Oto Lucyfer, zmęczony rządzeniem (jak się okazuje, nie jest lepiej być władcą w Piekle niż sługą w niebiosach) pozbywa się klientów, wyrzuca pracowników na bruk, zamyka lokal, pozbywa się skrzydeł i rusza w dal. Spotykamy go jeszcze raz w "Paniach łaskawych". Lucyfer przebywa na Ziemi, prowadzi ekskluzywny klub "Lux" i raczej nie bawi się zbyt dobrze. Oczywiste więc, że jego losy nie mogły się tak skończyć. Stąd też seria "Lucyfer", spin-off "Sandmana", której akcja koncentruje się właśnie na Lucyferze.
W Polsce dopiero niedawno ukazał się pierwszy tom, zawierający 3 historie. W pierwszej znudzony Lucyfer wypełnia w niej misję, zleconą przez samo Niebo (tak, tak!). Jest ona dość prosta, wymaga jedynie spotkania kilku... istot i użycia paru magicznych sztuczek. Fabularnie nie zachwyca, doskonale jednak prezentuje bohatera - aroganckiego, chłodnego manipulanta, emanującego aurą potęgi, obdarzonego przy tym specifycznym urokiem. Trudno go nie polubić.
W drugiej historii, "Wróżbie z sześciu kart", bohater rozpoczyna coś, co przypuszczalnie w kolejnych odsłonach stanie się wędrówką ku jakiemuś większemu celowi. Rozpoczyna oczywiście od zasięgnięcia rady wyroczni, tutaj - ożywionej talii kart, która w międzyczasie narobi niezłego zamieszania. Przy okazji, na wzór macierzystej serii, w wątkach pobocznych pojawiają się motywy obyczajowe - dla mnie duży plus, dodaje to bowiem historii pewnej wagi.
Ostatnia wreszcie historia to formuła również znana z "Sandmana" - zamknięta w jednym rozdziale opowieść, zupełnie oddzielona od wątku głównego (choć, biorąc pod uwagę przepowiednię z "Wróżby..." nie wiadomo, czy nie nabierze większego znaczenia), w której bohaterem jest ktoś zupełnie inny. W tym przypadku jest to mała dziewczynka widząca duchy.
Historia, z uwagi na tematykę i bohaterkę przeszywa autentycznym dreszczem i jest miłym akcentem na zakończenie pierwszego tomu.
Wypada na koniec zaznaczyć, że "Lucyfer" jak na razie nie dorównuje swojej macierzystej serii i wątpię, by miało się to zmienić. Wykorzystuje jednak potencjał tkwiący w Lucyferze (a biorąc pod uwagę kaliber postaci, jest to nie lada wyzwanie), tworząc wciągającą opowieść, nawiązującą klimatem do "Sandmana", nie będącą jednak zwykłym naśladownictwem. Warto przynajmniej przeczytać (np. gdy ma się trochę wolnego czasu w Empiku).

P.S. Podziękowania dla tych, którzy zmotywowali mnie do napisania tej notki: Opheliac, Piotra, a przede wszystkim - Mojej Muzy (:*)

niedziela, 17 lutego 2008

Księga wszystkich godzin

Książkę tą kupiłem w czerwcu, mając w perspektywie półtoragodzinną podróż pociągiem relacji Katowice-Kraków (zabawne, bo jestem w stanie przypomnieć sobie dwie kolejne, które kupiłem w takiej samej sytuacji). Zacząłem czytać od razu, skończyłem zaś - dzisiaj. Można więc przypuszczać, że będzie mowa o niemałym gniocie, albo dziele genialnym, które należy czytać w tempie "jedna strona na tydzień". Tak czy owak - niemały kaliber.

W przypadku "Welinu", autorstwa Hala Duncana, niezwykle trudno jest zacząć od krótkiego opisu "o co chodzi w tej książce". Mimo wszystko trzeba spróbować. Mamy więc Welin - obszar będący połączeniem koncepcji multiwersum i jungowskiej zbiorowej nieświadomości. Egzystują w nim enkin - istoty, niegdyś będące ludźmi, obecnie bardziej archetypy, posiadające zdolność manipulowania rzeczywistością. Niegdyś obecne w świadomości ludzi jako bogowie różnych panteonów, obecnie większość z nich jest częścią Przymierza, dowodzonego przez Metatrona. Niektórzy, pragnący zachować niezależność, uznani za demony, toczą z Przymierzem zażartą wojnę. Pośrodku zaś tkwią ci, którzy chcą po prostu, żeby ich zostawić w spokoju.
Do tej pory jest prosto. Jednak okazuje się, że archetypy mogą się manifestować na różnych płaszczyznach w różnych wcieleniach. Dlatego obserwujemy nie tylko perypetie grupki bohaterów, gdzie narracja przeskakuje od jednego do drugiego, ale także perypetie różnych wersji grupki bohaterów - historie, które w istocie są tą samą (lub niemal tą samą) historią.
W tym właśnie miejscu zaczyna się problem z "Welinem", tkwiący w sposobie, jakim jest napisany. Książka podzielona jest na krótkie rozdziały - czasami pojedyncze akapity - i przenosząc się od jednego do drugiego zmieniamy czasami punkt widzenia, czasami wątek, czasami zaś czytamy o tych samych wydarzeniach, dziejących się jednakże w zupełnie innym miejscu. Szczególnie pod tym względem wyróżnia się część pierwsza, w której technika "potnij kilka opowiadań na kawałki, rzuć je w powietrze, a potem pozbieraj i posklejaj razem w losowej kolejności" wprowadza naprawdę mnóstwo zamętu. Nawet pomimo języka, który jest dosyć prosty, a przy tym barwny, człowiek czyta i potwornie się męczy, by poskładać wszystko do kupy - a i tak rezultaty są mizerne.
Na szczęście druga część jest już o wiele lepsza, znacznie bardziej "zintegrowana". Tutaj wreszcie uzyskałem uczucie, że orientuję się w tej historii. A właściwie historiach. W pełni mogłem docenić język, wizje kolejnych światów, barwne postacie bohaterów. W rezultacie wciąż mam mieszane uczucia - trudno zatrzeć wrażenie, które sprawiło, że na kilka miesięcy odłożyłem książkę na półkę - ale przymierzam się do kupna drugiego tomu - "Atramentu".

środa, 6 lutego 2008

Jesień w Piekle

Na tego rodzaju książki nie natkniecie się w księgarniach, jeśli już to tych mieszczących się na dworcach kolejowych, oferujących sterty tanich, starych książek. Albo antykwariatach. Albo u znajomego. Tą pożyczyłem od Mojej Miłej, która z kolei pożyczyła ją od przyjaciółek. Zaintrygowały mnie podsuwane cytaty i stwierdzenia w rodzaju: "Ojej, czasami naprawdę przypominasz głównego bohatera". Tak zaczęła się moja przygoda z "Jesienią w Pekinie".
Akcja rozpoczyna się od opisania perypetii niejakiego Amadeusza Dode (wstrętnego pederasty), który, po serii niefortunnych zdarzeń, zostaje wywieziony przez szalonego kierowcę autobusu linii 975 do pustynnej Egzopotamii. Tam postanawia wybudować kolej - do tego celu ściąga ekipę pracowników, których to perypetie wypełniają dalej karty książki. Szybko jednak staje się jasne, że najważniejszym wątkiem będzie trójkąt miłosny między Angelem, Anną (który, wbrew pozorom, jest mężczyzną) i Rochelle. Angel kocha Rochelle. Rochelle kocha Annę. Anna nie kocha Rochelle, ale lubi ją mieć w łóżku. Angel jest przyjacielem Anny. Oprócz nich zawieramy jednak znajomość także z pozostałymi, jakże barwnymi zresztą, członkami ekipy budującej kolej, jak również napotkanych mieszkańców pustyni.
Akcja rozwija się bardzo szybko, autor zdaje się nie zawracać sobie głowy bzdurami, takimi jak dokładne opisy czy wnikliwe studium przeżyć wewnętrznych bohaterów. Z tego względu poczatkowo może się wydawać nieco powierzchowna, czytelnik jednak szybko uświadamia sobie, że bynajmniej tak nie jest.
Uwagę zwracaja także specyficzna atmosfera i styl. Książka wypełniona jest po brzegi absurdalnymi zdarzeniami i humorem, na który składa się pełna powaga postaci w zetknięciu e zjawiskami odbiegającymi od tego, co przyjęliśmy uważać za normę, ich bardzo charakterystyczne podejście do życia i talent autora do nietypowych, lecz pełnych wdzięku sformułowań. Wszystko to podane ze szczyptą (dość sporą) pikanterii.
Nastrój jednak bardzo szybko zmienia się z wesołego na pełen refleksji. "Jesień w Pekinie" oferuje nam bowiem kilka celnych, nierzadko dość gorzkich, spostrzeżeń na temat miłości, wolności i życia. Zdarzają się też niezwykle emocjonalne fragmenty, jak np. ostatnia scena z profesorem Zjadłjadem.
Warto jeszcze spojrzeć na zakończenie. Początkowo poczułem się ogromnie rozczarowany. Było zaskakujące i nieszablonowe, jednak zdawało mi się kompletnie nie pasujące do snutej historii. Dopiero kiedy uświadomiłem sobie, że nie jest to opowieść o miłości, lecz o wolności - nabrało sensu.

The Mindscape of Alan Moore

Jak widać mam pewne problemy z utrzymaniem częstotliwości publikowania notek na jakimś przywoitym poziomie. Mam nadzieję, że szanowni Czytelnicy mi to wybaczą, gdyż nadal jakoś nie ma o czym pisać. Chociaż - wróć. Ostatni maraton filmowy dostarczył mi przecież tematu na jedną - dwie notki (w porywach nawet trzy). Teraz jednak zajmę się innym filmem - dokumentem poświęconym niezwykle fascynującemu człowiekowi...
Jeśli ktoś zerknął już na etykiety, którymi opisany jest ten post, będzie już wiedział, o kogo chodzi. Alan Moore mógł się Wam już, drodzy Czytelnicy, znudzić. Poświęciłem mu już niemało słów. Cóż jednak począć, jeśli jako twórca utrzymuje niezmiennie wysoki poziom, zaś jako osoba - intryguje.
Film "The Mindscape of Alan Moore" oferuje nam wgląd w twórczość i poglądy Moore'a. Sam autor opowiada o swoim życiu, twórczości, wreszcie - swojej wizji świata, w której mieszają się magia, nauka, religia i filozofia. Warto obejrzeć, nawet jeśli nie miało się styczności z twórczością Moore'a. Rzadko trafia się okazja zajrzenia w głąb tak interesującego człowieka.

PS. Wkrótce, choć raczej nie w najbliższych dniach, należy się spodziewać kolejnego postu dotyczącego twórczości Moore'a. Nic na to nie poradzę.