Od razu na początku wspomnę o największej wadzie: nikt nie zafundował mi biletu w wersji VIP (o ileż obszerniejsza i ciekawsza mogłaby wtedy być ta relacja!), a bilety na sektory rozeszły się stanowczo za szybko, co równało się z zesłaniem na płytę. (Po fakcie mogę powiedzieć, że nie jest to tak tragiczne, jak myślałem, ale i tak nie rozumiem tych wszystkich, którzy twierdzą, że na płycie jest lepiej.)
Po znalezieniu miejsca parkingowego (Sztuka co się zowie) skierowaliśmy się w stronę Stadionu Śląskiego, gdzie roiło się już od czarno odzianych ludzi. Ochroniarze nas obmacali, sprawdzili bilety, kazali wyrzucić zakrętki z butelek (magicznym sposobem znalazły się one w plecaku), po czym zostaliśmy wpuszczeni. Wystarczyło jeszcze poszwendać się po Stadionie przez pięć godzin, w międzyczasie oglądając supporty Którymi, nawiasem mówiąc, nie byłem ani trochę zainteresowany.
Mimo wszystko wypada o nich wspomnieć - z kronikarskiego obowiązku. Pierwszy, duński Mnemic, zaprezentował ostrą nawalankę (death metal, industrial - coś w tym stylu), połączoną z darciem się wokalisty, przetykaną nieco bardziej melodyjnymi fragmentami, uzupełnioną szaleństwem na scenie i konferansjerką obiftującą w słowo "fucking".
Drugi support - Machine Head - zaprezentował dokładnie to samo (łącznie z tekstami pomiędzy utworami), tylko lepiej, więc nie ma co się rozwodzić.
O ile pierwsze dwa występy rozpoczęły się kwadrans wcześniej, niż to było planowane (spore zdziwienie!), to główna gwiazda wieczoru spóźniła się kilka minut (czyż mogłoby być inaczej?). Dopiero trochę po 21:00 rozbrzmiały dźwięki "Ecstasy of Gold", a potem już zaczęło się na dobre. "Creeping Death" to jak dla mnie dość zaskakująca propozycja na początek, ale bez problemów poderwała publiczność. Dalej poleciały same klasyczne kompozycje (z tych po "czarnym albumie" tylko "Devil's Dance" z "ReLoad" i ANI JEDNEGO kawałka z "St. Anger"). Były drobne potknięcia, ale nic, co zakłóciłoby nastrój. Do wykonania (pozwólcie, że wymienię dwa tytuły: "One" i "Welcome Home (Sanitarium)") nie można mieć żadnych zastrzeżeń - choć można dyskutować nad jakością ostatnich albumów Metalliki, na żywo ten zespół to po prostu najwyższa półka. Można to było poznać również po konferansjerce - oni nie (nad)używają słowa "fucking", a i tak są metalowi.
Całości oczywiście dodawały smaku efekty świetlne i pirotechniczne (doskonały początek "One" z wybuchami, racami i odgłosami strzałów; "Enter Sandman" z rozświetlonym dymem nad publicznością), sporą zaletą były także telebimy (z czego jeden, centralny, o wymiarach 25x15m), szczególnie użyteczne dla osób stojących gdzieś z tyłu płyty, którym scenę przesłaniały dwumetrowe mutanty.
Podsumowanie nie jest chyba potrzebne, o koncercie można bowiem mówić jedynie w superlatywach. Jedyne, na co można narzekać to długość (2h zleciały jak z bicza strzelił) i to, że nie zagrali ani jednej nowej piosenki. Cóż, trzeba będzie się wybrać w przyszłym roku.
A oto setlista, żebyście wiedzieli, czego żałować:
- Creeping Death
- For Whom The Bell Tolls
- Ride The Lightning
- Harvester Of Sorrow
- The Unforgiven
- ... And Justice For All
- Devil's Dance
- Disposable Heroes
- Welcome Home (Sanitarium)
- Master Of Puppets
- Whiplash
- Nothing Else Matters
- Sad But True
- One
- Enter Sandman
- Last Caress (bis, cover Misfits)
- So What (bis, cover Anti-Nowhere League)
- Seek And Destroy